Wychowała się w rodzinie katolickiej. Takiej tradycyjnej. Chodzili do kościoła w niedziele i święta. W piątki nie jedli mięsa. Przyjmowali kolędę. Tak po prostu, bo tak trzeba. Nikt nie pytał dlaczego, ale też nie wyobrażał sobie innego życia.
Trochę z ciekawości, trochę dla zabicia nudy zaczęła chodzić na spotkania grupy przy parafii. Najpierw dziecięcej, potem młodzieżowej. Było fajnie. Było inaczej. Zobaczyła, że można modlić się nie tylko pacierzem, że religijne piosenki mogą wpadać w ucho. Cieszyła się swoją wiarą. Poznała ludzi, którzy podobnie myśleli, dzielili podobne doświadczenia. Wspaniałe poczucie wspólnoty, tak ważne, gdy wkracza się w dorosłość.
Potem nauka, praca, troski codzienności coraz bardziej przeszkadzały w tym młodzieńczym zaangażowaniu. Chociaż to, co materialne brało górę nad sprawami ducha, wciąż starała się żyć w JEGO obecności. Wierzyła, że jest blisko niej KTOŚ, kto nigdy jej nie opuści, kto codziennie otacza ją swoją bezgraniczną miłością, kto jest większy niż jej słabości i problemy. Były chwile, gdy czuła to bardzo wyraźnie. Częściej jednak ta świadomość drzemała głęboko ukryta na dnie jej serca. Wtedy poczucie religijnego obowiązku, w jakim wyrosła połączone z żywym wspomnieniem radości wiary dawały jej siłę, by trwać. Po prostu trwać.
W międzyczasie na horyzoncie pojawił się chłopak. Z czasem był coraz bliżej. Z kolegi stał się przyjacielem, z przyjaciela narzeczonym. Ślubowali sobie przed ołtarzem miłość, wierność, małżeńską uczciwość. Marzyli o rodzinie. Żeby razem dla niej pracować. Żeby wspólnie odpoczywać, świętować. Także w kościele.
Wkrótce ich marzenie zaczęło się spełniać. A kiedy mądrości kaznodziei zagłuszało niemowlę głośno domagające się ukojenia, kiedy ledwo co biegający szkrab nieskrępowanie zdobywał szczegółową wiedzę na temat bocznych ołtarzy, kiedy trzylatek bezpardonowo informował wszystkich wokół o swoich potrzebach, bynajmniej nie duchowych, wtedy… ideały rodem z katolickich czasopism znowu zderzyły się z rzeczywistością.
Ta historia opowiada nie tylko o pewnej dziewczynie. Równie dobrze dotyczyć przy niewielkiej zmianie okoliczności może jakiegoś chłopaka. Gdzieś tam trochę mówi o mnie samej. A może i Wy odnajdujecie w niej cząstkę własnej historii?
Jeśli tak, jeśli i Wam bliskie jest tak zwane katolickie wychowanie, a przede wszystkim, jeśli chcielibyście przekazać swoją wiarę własnym dzieciom, to sami pewnie dobrze wiecie, że nie jest to takie proste. Że bycia człowiekiem wierzącym nie wysysa się od tak, z mlekiem matki. Chrześcijanami się nie rodzimy, chrześcijanami się stajemy. Dzięki łasce Bożej, a jakże, ale też dzięki naszej z nią współpracy. A jak na to zadanie przygotować nasze dzieci? To misja przed którą prędzej czy później stanie każdy poważnie traktujący swoją wiarę rodzic. Zmierzenie się z nią, szczególnie na początku rodzicielskiej przygody, nie jest łatwe. A kiedy wyczerpie już cały arsenał dobrych rad wszelkiego asortymentu babć, córek i sąsiadek z pomocą przychodzą także odpowiednie lektury.
Jedną z nich jest książka Moniki i Marcina Gajdów "Rodzice w akcji. Jak przekazywać dzieciom wartości". Jeśli chodzi o autorów, to w kwestii wychowania dzieci są i świetni w teorii (psycholodzy) i doświadczeni w praktyce. Ich podejście do tematu można uplasować gdzieś pośrodku pomiędzy konserwatywnym patriatchatem, a nowoczesnymi trendami prawie że pajdokratycznymi. Jest ono jak najbardziej w nurcie dobrze rozumianego rodzicielstwa bliskości. Streścić można je jednym zdaniem: "Chcesz wychować dzieci do życia według chrześcijańskich wartości, zacznij od nauki sprzątania kredek". Jest to ni mniej ni więcej na rodzicielski język przetłumaczona myśl samego Jezusa, że "kto w małej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny " (...). A konkretnie?
A konkretnie to macie tu siedem rozdziałów dotyczących różnych aspektów wychowawczej rzeczywistości. Od zgody na dziecięcą samodzielność, do mądrego stawiania granic. Od sprawiedliwego traktowania dzieci w rodzinie wielodzietnej, do wychowania religijnego sensu stricto. Można je czytać na wyrywki, w zależności od potrzeb, lub od deski do deski. Można potraktować jako inspirację do zmian w swoim sposobie podejścia do dzieci, albo gotowy program naprawczy rodziny rozpisany na konkretny czas. Po każdym bowiem rozdziale znajduje się lista zadań do wykonania i samokontroli. Bo to w sumie logiczne, chcesz dyscyplinować swoje dzieci, zacznij od samodyscypliny.
Metody, które proponują autorzy książki, mimo że podane w niezwykle przystępny sposób, nie są proste, łatwe i przyjemne. Wymagają systematyczności i przede wszystkim konsekwencji. Ale taka jest przecież droga na szczyt.
Jeśli więc jesteś rodzicem, któremu leży na sercu religijne wychowanie dziecka, nie ważne czy ma ono 5, 10 czy 15 lat, weź do ręki tę książkę. Nie trzeba jej traktować jak wyroczni (ta rola zarezerwowana jest dla teściowej), można z nią polemizować, ale warto się z nią zapoznać.
Ta historia opowiada nie tylko o pewnej dziewczynie. Równie dobrze dotyczyć przy niewielkiej zmianie okoliczności może jakiegoś chłopaka. Gdzieś tam trochę mówi o mnie samej. A może i Wy odnajdujecie w niej cząstkę własnej historii?
Jeśli tak, jeśli i Wam bliskie jest tak zwane katolickie wychowanie, a przede wszystkim, jeśli chcielibyście przekazać swoją wiarę własnym dzieciom, to sami pewnie dobrze wiecie, że nie jest to takie proste. Że bycia człowiekiem wierzącym nie wysysa się od tak, z mlekiem matki. Chrześcijanami się nie rodzimy, chrześcijanami się stajemy. Dzięki łasce Bożej, a jakże, ale też dzięki naszej z nią współpracy. A jak na to zadanie przygotować nasze dzieci? To misja przed którą prędzej czy później stanie każdy poważnie traktujący swoją wiarę rodzic. Zmierzenie się z nią, szczególnie na początku rodzicielskiej przygody, nie jest łatwe. A kiedy wyczerpie już cały arsenał dobrych rad wszelkiego asortymentu babć, córek i sąsiadek z pomocą przychodzą także odpowiednie lektury.
Jedną z nich jest książka Moniki i Marcina Gajdów "Rodzice w akcji. Jak przekazywać dzieciom wartości". Jeśli chodzi o autorów, to w kwestii wychowania dzieci są i świetni w teorii (psycholodzy) i doświadczeni w praktyce. Ich podejście do tematu można uplasować gdzieś pośrodku pomiędzy konserwatywnym patriatchatem, a nowoczesnymi trendami prawie że pajdokratycznymi. Jest ono jak najbardziej w nurcie dobrze rozumianego rodzicielstwa bliskości. Streścić można je jednym zdaniem: "Chcesz wychować dzieci do życia według chrześcijańskich wartości, zacznij od nauki sprzątania kredek". Jest to ni mniej ni więcej na rodzicielski język przetłumaczona myśl samego Jezusa, że "kto w małej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny " (...). A konkretnie?
A konkretnie to macie tu siedem rozdziałów dotyczących różnych aspektów wychowawczej rzeczywistości. Od zgody na dziecięcą samodzielność, do mądrego stawiania granic. Od sprawiedliwego traktowania dzieci w rodzinie wielodzietnej, do wychowania religijnego sensu stricto. Można je czytać na wyrywki, w zależności od potrzeb, lub od deski do deski. Można potraktować jako inspirację do zmian w swoim sposobie podejścia do dzieci, albo gotowy program naprawczy rodziny rozpisany na konkretny czas. Po każdym bowiem rozdziale znajduje się lista zadań do wykonania i samokontroli. Bo to w sumie logiczne, chcesz dyscyplinować swoje dzieci, zacznij od samodyscypliny.
Metody, które proponują autorzy książki, mimo że podane w niezwykle przystępny sposób, nie są proste, łatwe i przyjemne. Wymagają systematyczności i przede wszystkim konsekwencji. Ale taka jest przecież droga na szczyt.
Jeśli więc jesteś rodzicem, któremu leży na sercu religijne wychowanie dziecka, nie ważne czy ma ono 5, 10 czy 15 lat, weź do ręki tę książkę. Nie trzeba jej traktować jak wyroczni (ta rola zarezerwowana jest dla teściowej), można z nią polemizować, ale warto się z nią zapoznać.
Asia




Komentarze
Prześlij komentarz